theme

rozdział pierwszy - nie jestem do końca pewny, jak oddychać, kiedy cię tu nie ma. 

image

Od autorki: No i mamy pierwszy rozdział. Serdecznie zapraszam do przeczytania. xx I wybaczcie, jeśli gdzieś mógł wkraść mi się jakiś błąd. 


    

My hand searches for you hand,

In a dark room. I can’t find you,

Hel me. Are you looping for me?

 

     Otworzyłem oczy, czując, jak moje serce wybija szybki rytm, a klatka piersiowa unosi się i opada gwałtownie, sprawiając przy tym delikatny ból. Byłem cały zlany potem, chociaż nie czułem na sobie materiału ciepłej kołdry. Najwyraźniej musiałem zwalić ją na podłogę, podczas snu.

     Sen. Koszmar, który wywoływał u mnie taką reakcję. Wspomnienie dnia, który zmienił wszystko. Obraz, który sprawiał, że moje serce rozpadało się na kolejne milion kawałeczków, a tępy ból przygniatał mój umysł.

     Przymknąłem powieki i delikatnie potrząsnąłem głową, chcąc odgonić od siebie ten widok. Dłonią sięgnąłem pod poduszkę, gdzie leżał mój telefon, po czym zerknąłem na wyświetlacz, mrużąc oczy przed jasnym światłem. Dochodziła dopiero druga w nocy, a ja byłem pewny, że już nie zasnę. Westchnąłem cicho i powoli wstałem z łóżka, by chwilę potem wyjść z pokoju na korytarz, przyświecając sobie przy tym komórką.

    Na palcach zszedłem schodami na dół i skierowałem się do kuchni, starając się nie obudzić pozostałych domowników. W pomieszczeniu zapaliłem światło, odłożyłem telefon na blat stołu, stojącego przy oknie i przeczesałem ręką włosy. Podszedłem do kuchennego blatu, z którego chwyciłem elektryczny czajnik, nalałem do niego wody i załączyłem, by zrobić sobie coś ciepłego do picia. Otworzyłem szafkę, która wisiała nad pulpitem i sięgnąłem po czerwony kubek, ozdobiony dużymi, białymi kropkami. Ulubiony kubek Harry’ego, który wziąłem ze sobą z Londynu.

 

                                                                             {need}

 

    Kilka minut później siedziałem już przy stole, z podkurczonymi nogami i małymi łykami popijałem swoją ulubioną, malinową herbatę. Wiedziałem, że za chwilę dopadną mnie myśli, przez które poczuję się jeszcze gorzej, by potem przez cały dzień siedzieć zamknięty w swoim pokoju, z dala od kogokolwiek. Tak działo się niemal codziennie. Każdej nocy budziłem się dręczony koszmarem, schodziłem na dół by wypić ciepły napój i rozmyślałem. To stało się już monotonią, nieodłącznym elementem mojej egzystencji.

     Nie byłem już tym samym Louisem, co kiedyś. Nie wygłupiałem się na każdym kroku, mój głośny śmiech nie roznosił się echem po pomieszczeniu, w którym aktualnie się znajdowałem. Byłem wrakiem człowieka. Jedynie jego marną imitacją.

     Odkąd straciłem jego, życie przestało mieć jakąkolwiek wartość. Uśmiech przestał być ważny, wszystkie uczucia zamknąłem głęboko w sobie. Bo tak było łatwiej.

     Ludzie tego nie rozumieli. Dla nich wystarczyło kilka miesięcy, by przyzwyczaić się do utraty ukochanej osoby. To dlatego patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem. Nie rozumieli, jak to jest stracić osobę, którą naprawdę się kocha. Jak jest, kiedy pozbawiają cię jedynej podpory w życiu, jedynej wartości, która dawała ci szczęście.

     Tracąc Harry’ego, równocześnie straciłem wszystko, co miałem.

     Wstałem od stołu i odłożyłem opróżnione już naczynie do zlewu. Plecami oparłem się o blat i schowałem twarz w dłoniach. Poczułem, jak do oczu napływają mi łzy, ale całą siłą woli postarałem się, by nie wypłynęły na policzki. Nie chciałem znów płakać. Czułem się tym wykończony i wciąż dziwiłem się, że nie wyczerpałem jeszcze wszystkich łez.

     Przejechałem rękoma po bladych policzkach i utkwiłem wzrok w zdjęciu, które wisiało na ścianie naprzeciwko mnie. Ja i On, stojący obok siebie, obejmujący się i posyłający szeroki uśmiech w stronę obiektywu. Nasze pierwsze, wspólne zdjęcie zaraz po tym, gdy zrozumieliśmy, co do siebie czujemy.

 

 

     - Ludzie nas nie zaakceptują.

     Przeniosłem wzrok na stojącego obok mnie Harry’ego, który uparcie wpatrywał się w znajdujące się przed nami London Eye. Przyjrzałem mu się dokładnie, z każdą sekundą coraz bardziej podziwiając jego urodę. Ciemne loki opadały delikatnie na czoło, a w zielonych oczach, otoczonych przez wachlarz długich rzęs można było dostrzec iskierkę tajemniczości. Pełne, malinowe usta wygięte były w prawie niewidocznym uśmiechu, a na policzki wystąpiły delikatne rumieńce, spowodowane niską temperaturą. Był uroczy, jedyny w swoim rodzaju.

     Zrobiłem krok i stanąłem przed nim, sprawiając, że jego piękne tęczówki teraz zatrzymały się na mojej twarzy. Chwyciłem go za dłoń, nie przejmując się tym, że ludzie znajdujący się wokół nas mogą dziwnie na to spojrzeć.

     - Nie obchodzi mnie to – szepnąłem, unosząc kąciki ust do góry. – Mam gdzieś, co powiedzą ludzie, bylebym tylko mógł zostać z tobą.

     - Będą o nas gadać – mruknął Harry, opuszczając wzrok. – Nie dadzą nam żyć.  

       Westchnąłem cicho, po czym delikatnie chwyciłem go za podbródek i uniosłem jego głowę do góry. Przez chwilę nic nie mówiłem, wpatrując się jedynie w jego oczy, aż w końcu chłopak lekko się uśmiechnął.

     - To nieważne, Harry – powiedziałem pewnie i ścisnąłem jego dłoń. – Ty i ja. Tylko to się liczy.

     Kędzierzawy kiwnął przytakująco głową i również uścisnął moją rękę. Przeniósł spojrzenie gdzieś poza mnie, a po chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

     - Chodź, zrobimy sobie zdjęcie.

    Pociągnął mnie za sobą i ruszył w stronę stojącego nieopodal mężczyzny, który za drobną opłatą robił chętnym zdjęcia, które od razu wychodziły z aparatu, gotowe do odbioru.

    Zaśmiałem się cicho, kiedy Harry podawał fotografowi drobne, by chwilę potem stanąć tuż obok mnie. Objąłem go ramieniem i uśmiechnąłem się szeroko w stronę obiektywu.

     „Ty i ja. Tylko to się liczy.”

 

 

     Powróciłem do rzeczywistości, czując, jak słone krople spływają po moich policzkach. Otarłem je szybkim ruchem dłoni. Musiałem w końcu nauczyć się być silny. Wiem, że On nie chciałby patrzeć na to wszystko, na to, jak staczam się coraz bardziej.

     Tak bardzo za tobą tęsknię, Harry. Dlaczego nie może cię być teraz tuż obok mnie? Potrzebuję twojej obecności. Twojego głosu, uśmiechu, dotyku. Czemu odszedłeś? Nie byłem na to gotowy. Nigdy nie będę.

 

 

                                                                             ~ * ~

 

 

I’m not quite sure how to breathe,

Without you here. I’m not quite sure if I’m rady

To say goodbye to all we were.

  

     Ciche pukanie do drzwi wyrwało mnie z letargu, w którym pogrążyłem się, siedząc na parapecie w swoim pokoju. Mruknąłem ciche ‘’proszę”, nie spuszczając jednak wzroku z widoku za oknem. Płatki śniegu spadały z nieba, osadzając się na zimnym chodniku, a także pustych gałęziach drzew. Ludzie śpieszyli się do swoich domów, zasłaniając twarze ciepłymi szalikami. Kiedyś uwielbiałem zimę. Teraz jednak straciła ona dla mnie cały swój urok.

     - Louis? – usłyszałem cichy głos mamy, więc przeniosłem spojrzenie na jej zarumienioną twarz. Prawdopodobnie dopiero nie dawno wróciła z pracy. – Zejdziesz na obiad?

     - Dzięki mamo, ale nie jestem głodny – odpowiedziałem i ponownie wróciłem do wyglądania za okno. – Jadłem jakiś czas temu.

     Usłyszałem ciche westchnięcie i spodziewałem się, że za chwilę do moich uszu doleci także dźwięk zamykanych drzwi, ale tak się nie stało. Odwróciłem więc głowę, by dostrzec swoją rodzicielkę, stojącą kilka kroków ode mnie i patrzącą na mnie z troską.

     - Posłuchaj, Louis – zaczęła, bawiąc się swoimi palcami u rąk. – Rozumiem, że jest ci bardzo ciężko. Tak, naprawdę to rozumiem. Nikomu nie jest łatwo. Ale musisz postarać się być silny. Nie możesz zamykać się w pokoju na całe dnie, nic nie jeść i z nikim nie rozmawiać. To nie jest rozwiązanie. Na litość boską, Louis! Minęło już ponad pół roku! Nie uważasz, że najwyższa pora, by wziąć się w garść, synu?

    Opuściłem wzrok, słysząc jej słowa. W głębi duszy wiedziałem, że ma rację. Naprawdę chciałem jakoś podźwignąć się na nogi, nauczyć się w miarę normalnie funkcjonować. Ale nie potrafiłem. Było jeszcze za wcześnie, bym mógł wychodzić na ulicę i nie kojarzyć sobie każdej napotkanej rzeczy z Harrym. Za wcześnie, by wspomnienie o nim nie wywoływało kolejnego napadu płaczu. To nie był jeszcze ten czas.

     - Daj mi chwilę – mruknąłem, unosząc wzrok na postać stojącej przede mną kobiety. – Za chwilę zejdę na dół.

     Jay przytaknęła z rezygnacją głową i nic nie mówiąc, wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Wziąłem głęboki oddech i przymknąłem powieki. Czułem się zmęczony i potrzebowałem długiego snu. Bałem się jednak, że gdy zasnę, koszmar dnia, w którym dowiedziałem się o wypadku Harry’ego, znów do mnie powróci. Nie chciałem przeżywać tego po raz kolejny. To sprawiało zbyt wiele bólu.

     Zeskoczyłem z parapetu i wyszedłem z pomieszczenia, udając się na dół, do kuchni, w której przy stole siedziała już mama, wraz z Fizzy.

    - Gdzie Phoebe i Daisy? – spytałem, dosiadając się do stołu i przysuwając do siebie talerz, który czekał na mnie z nałożonym już obiadem. Zacząłem dłubać w nim widelcem, by po chwili włożyć trochę do buzi. Nie byłem głodny, ale nie chciałem znów słuchać gadania rodzicielki.

    - Poszły z Lottie do parku – odpowiedziała kobieta, posyłając mi ciepły uśmiech. – Mają zamiar ulepić największego na świecie bałwana.

    Pokiwałem głową, uśmiechając się lekko. Pomysł na pewno wypłynął od Daisy lub Phoebe, które były chyba najbardziej żywiołowymi dziewczynkami, jakie kiedykolwiek spotkałem.

    - Fizzy, nie chciałaś iść razem z nimi? – spytałem młodszej siostry, która machnęła ramionami, po czym wstała od stołu i wyszła z pomieszczenia, nic nie mówiąc. Posłałem mamie pytające spojrzenie, ale ta machnęła tylko ręką, dając mi do zrozumienia, bym nie zwracał na to uwagi.

     - A ty, co masz zamiar dzisiaj robić?

    Wywróciłem oczami, słysząc pytanie Jay. Zadawała mi je niemal każdego dnia, chociaż doskonale wiedziała, jaka będzie moja odpowiedź.

     - Mamo… - zacząłem, posyłając jej spojrzenie. – Nie, nie mam zamiaru wyjść gdziekolwiek.

    - A powinieneś, Louis! – Głośny krzyk matki rozniósł się po pomieszczeniu, a ja spojrzałem na nią, szeroko otwierając oczy. Ona nigdy nie krzyczała. Nigdy. – Może powiesz mi, kiedy ostatnio miałeś jakiś kontakt z chłopakami?

    Opuściłem wzrok, przyglądając się beżowym kafelkom. Mogłem domyślić się, że w końcu padnie to pytanie. Nie byłem jednak na nie przygotowany, więc nie za bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.

    Ja, Harry, Zayn, Liam i Niall byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, takimi, jakich teraz rzadko się spotyka. Wiedzieliśmy o sobie wszystko, powierzaliśmy między sobą swoje największe sekrety. Byli dla mnie niczym bracia, których przecież nigdy nie posiadałem.

    Po śmierci Harry’ego, wszystko się zmieniło. Z dnia na dzień oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej, a ja wiedziałem, że jest to tylko i wyłącznie moja wina. Potrzebowałem ich wsparcia, a mimo wszystko przebywanie w ich towarzystwie nie było już tak proste. Każda spędzona z nimi chwila przywoływała wspomnienia z czasów, kiedy szliśmy przez życie jeszcze w całą piątkę. Z Harrym. Z osobą, której potrzebowałem, by istnieć. Która była moim powietrzem, bez którego nie umiałem przeżyć.

    Raniąc uczucia moich przyjaciół, wyprowadziłem się z mieszkania w Londynie, które razem zajmowaliśmy i wróciłem do Doncaster, by zamieszkać z mamą i pogrążać się w żałobie. Nie potrafię teraz określić, czy podjąłem dobrą decyzję.

    - Lou, skarbie. – Uniosłem wzrok, spoglądając w ciemne tęczówki swojej rodzicielki, teraz ozdobione kryształkami łez. – Potrzebujesz ich. Wiesz, że zawsze będę przy tobie, ale to nie ja pomogę ci znów stanąć na nogi, chociaż bardzo tego bym chciała. Potrzebni ci przyjaciele.

    Nie płacz, Tomlinson. Nie możesz znów się rozkleić. Wziąłem głęboki oddech, chcąc powstrzymać łzy, które wezbrały się już w moich oczach. Wstałem z miejsca i powoli podszedłem do Jay, by po chwili mocno ją objąć. Kobieta schowała twarz w zagłębieniu mojej szyi i usłyszałem jej cichy szloch, przez który poczułem się jeszcze gorzej.

    - Nie płacz, mamo – szepnąłem, przyciskając ją do siebie nieco mocniej. – Obiecuję, że…

   Nie dokończyłem, gdyż przerwał mi głośny dzwonek do drzwi. Mama odsunęła się ode mnie, przetarła ręką zapłakane oczy i posłała mi słaby uśmiech.

    - Otworzysz? – spytała. – Muszę doprowadzić się do porządku.

    Kiwnąłem głową i odwróciłem się na pięcie, po czym skierowałem się na korytarz, a następnie w stronę drzwi. Melodyjny dzwonek znów rozbrzmiał w moich uszach, a ja powstrzymałem się by nie przewrócić oczami. Kto mógł być tak niecierpliwy? Przecież Lottie miała klucze, powinna ich użyć.

    Przekręciłem zamek i pociągnąłem za klamkę, po czym podniosłem wzrok. Zamarłem, gdy zobaczyłem tak dobrze znaną mi osobę.

    Ciemne, gęste włosy gdzieś znikły, została ich jedynie cienka warstwa. Ale tylko to się zmieniło – sarnie oczy patrzyły na mnie w ten sam sposób co kiedyś, a na pełnych ustach błąkał się nikły uśmiech.

   Serce zaczęło bić jak oszalałe i miałem wrażenie, że za chwilę wyskoczy z mojej klatki piersiowej. W głowie pojawiły się wszystkie wspomnienia, wszystkie chwile, które spędziłem wraz z chłopakiem.

    - Liam – szepnąłem słabo, nie spuszczając wzroku z twarzy szatyna.    


skomentuj »


9 
 reblog
  1. 13alwaysbeyourself zreblogował(a) to od faiiithfully
  2. televisafan zreblogował(a) to od faiiithfully
  3. inennys zreblogował(a) to od faiiithfully
  4. faiiithfully opublikował(a) to